Przejdź do treści

Kajakiem z biegiem Wisły

– Zawsze ciekawiło mnie, co kryje się za zakrętem rzeki. To było moje marzenie – przemierzyć Wisłę na całej jej długości – opowiada Tomasz Kordyasz z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który tego lata w 13 dni pokonał kajakiem 942 kilometry Wisły.

Miałem kilka lat, gdy po raz pierwszy siedziałem w nadmuchanym przez ojca kajaku na kanałku na warszawskiej Kępie Potockiej. A potem, odkąd pamiętam, pływałem z ojcem Czarną Hańczą, Rozpudą, Pisą, szlakiem Sapiny, Bugiem, Narwią… Zawsze ciekawiło mnie, co kryje się za zakrętem rzeki. Z czasem zaczęliśmy pływać również Wisłą. Początkowo krótsze odcinki. Spod Mostu Grota Roweckiego płynęliśmy pompowanymi kajakami do Modlina, potem Narwią kawałek pod prąd, na koniec zwijaliśmy z ojcem kajaki i pociągiem wracaliśmy do Warszawy. Na studiach wiosną i latem zaczęliśmy przemierzać rzekę z Góry Kalwarii, a następnie z Kazimierza do Warszawy, później z kolegami pływaliśmy różnymi rzekami także jesienią i zimą, pod warunkiem, że nie były skute lodem, a przy brzegach nie dryfowała kra. Stopniowo już ja sam zwiększałem odległość na Wiśle, aby raz na jakiś czas osiągnąć dystans 100 km. Zawsze zaskakiwała mnie Wisła meandrująca na odcinku z Kazimierza do Warszawy z jej piaszczystymi łachami, zupełnie dziki, nieodkryty fragment w okolicach Modlina z bielikami albo między Zakroczymiem a Kępą Polską – z klangorującymi żurawiami i nisko, tuż przy samej wodzie latającymi zimorodkami.

Kajak Tomasza Kordyasza z mostem kolejowym w Dęblinie w tle

Od dwudziestu pięciu lat mierzę się z tą rzeką. Długo o tej wyprawie myślałem. To było moje marzenie: przemierzyć Wisłę na całej długości szlaku żeglownego. W tym roku zaryzykowałem. 942 kilometry przepłynąłem w 13 dni: 9 dni i pierwsze 633 kilometry – samotnie stabilnym i pakownym kajakiem wyprawowym, 4 dni i ostatnie 309 kilometrów – z kolegą – dłuższym, szybszym, odpornym na fale kajakiem morskim.

Trzymać się w ryzach

Zacząłem na wysokości Przemszy, powyżej Oświęcimia. Tam zaczyna się rzeka żeglowna. W górnym biegu, na odcinku 70 kilometrów miałem do pokonania sześć progów, co było – mimo całej malowniczości tej części rzeki – dość uciążliwe. Musiałem kajak, ważący grubo ponad 50 kg, kilkakrotnie przenosić: dwa razy pomógł mi kolega z Krakowa, trzy razy przeprawiłem się przez śluzę. Następne „przenioski” czekały jeszcze przy elektrowniach Połaniec i Kozienice.

„Przenioska” przy elektrowni Kozienice

Górny bieg Wisły raz po raz mnie zaskakiwał: meandrująca rzeka była dzika, innym razem uregulowana. Mijałem betonowe nabrzeża, a już po chwili wśród chaszczy pojawiał się bocian czarny, zimorodek, na drugi brzeg przeprawiała się sarna. Chwilami czułem się jak flisak z zamierzchłych czasów. Tyle że rzeka, i to na całej swej długości, była zupełnie pusta. Naliczyłem jeden jedyny spływ kajakowy, kilku wędkarzy na barkach, którzy przestrzegali, aby koło Włocławka trzymać się lewego brzegu, bo tak będzie bezpieczniej. I jeszcze pod koniec jednego kajakarza, który płynął do ujścia Wisły. Zdarzało się, że spotykałem ludzi na brzegu. Pytali, dlaczego płynę, czy prowadzę jakiś blog i czy się nie boję płynąć samotnie.

Nocleg na łasze wiślanej w górnym biegu Wisły
Jaskółka brzegówka w zaroślach

Nocowałem w dzikich miejscach bez poczucia strachu. Nie bałem się ani zwierząt, ani ludzi. Starałem się wybierać miejsca poza miastem, omijałem pola biwakowe, czasami noc zastawała mnie na wyspach. Na spływach lubię gotować na ognisku, tym razem wziąłem jednak żywność liofilizowaną, którą zalewałem wodą gotowaną na kuchence. Miałem 15 l wody, kilka paczek kabanosów, orzechy, rodzynki, żurawiny i pastylki musujące z elektrolitami.

Tomasz Kordyasz w kajaku morskim w dolnym biegu Wisły

Wiosłowałem po 13–14 h dziennie przy średnim nurcie 3,2 km/h (choć zdarzały się przyspieszenia do około 6 km/h). Starałem się każdego dnia pokonać 70–80 kilometrów. Pilnowałem, by trzymać się w ryzach. Wiedziałem, że jeśli tego zabraknie, zacznie drastycznie brakować czasu na rozbicie namiotu i przygotowanie jedzenia. Wiedziałem, że muszę wziąć pod uwagę napotkane po drodze mielizny i powinienem dopłynąć przed zmrokiem.

Adrenalina we włosach

Znajdowałem przyjemność w prędkości, czułem adrenalinę we włosach. Lekko głodny byłem bardziej zmobilizowany, bardziej czujny. Czasem robiłem sobie pobudkę o 4 rano, czasem o 5, zwłaszcza w końcowej części wyprawy, gdy powróciły gorące dni. Ale spływ zacząłem po okresie wielkich upałów, kiedy przyszły zimne dni, cały czas lał deszcz. Nie on był jednak głównym problemem na Wiśle, lecz północno-zachodni wiatr wiejący z przodu i z lewej strony. Taki wiatr sprawia, że tworzą się wysokie fale, wredne dla kajaka, które potrafią go wywrócić. Nie miałem wywrotki, ale przy mocnym wietrze poniżej Sandomierza wytworzyła się solidna fala – zastanawiałem się, czy dalej płynąć. Przeczekałem kilkanaście minut i wyruszyłem w dalszą drogę. Któregoś razu kajak wpłynął na pionowy pal i zaczął się niebezpiecznie przechylać. Pomyślałem: na 100 procent „kabina”, czyli wywrotka i wypadnięcie z kajaka. Ale pobalansowałem, kajak zsunął się z pala i popłynąłem dalej.

Krwawy zachód słońca na łasze wiślanej

Raz przyszła burza, zerwał się silny wiatr i namiot złożył się na mnie. W ogóle tej nocy nie spałem, więc wystartowałem już o 4 rano. Dwa razy przytrafiła mi się burza połączona z silnym wiatrem. Stosowałem taką taktykę: gdy nadchodziła burza, płynąłem, póki mogłem. Dopływałem do brzegu, gdy zaczynała się niebezpiecznie zbliżać.

Zauważyłem, że zmęczenie w kajaku jest podobne do tego podczas jazdy samochodem – człowiek zaczyna być senny. I choć przy złej pogodzie umysł wyostrza się, by walczyć z przeciwnościami, fala potrafi go uśpić. Któregoś dnia niemal wpadłem na boję wytyczającą szlak żeglowny. Miewałem też podczas wiosłowania coś na kształt mikrosnów.

Trzysetny kilometr…
Osiemsetny kilometr kajakowej wyprawy

Czasem byłem tak wyczerpany – nogi jak kłody drewna, a na dłoniach bąbel na bąblu – że nie chciało mi się rozkładać namiotu, miałem ochotę zawinąć się w płachtę. Ostatecznie rozkładałem jednak namiot, bo po całym dniu spędzonym na wodzie z podkurczonymi nogami i przed kolejnym dniem, jakość snu jest bardzo ważna. Dzień w dzień spędzany na wodzie to jednak nie sam wypoczynek, nie zawsze czysta przyjemność.

Czego żaden album nie odda

Uciążliwości i monotonię wiosłowania wynagradzały widoki. Zobaczyć z kajaka Kraków i Tyniec, Sandomierz i Kazimierz Dolny, Warszawę, Płock, Włocławek, Bydgoszcz i Toruń to zupełnie zmienia perspektywę. I choć mijałem największe miasta, obcowałem przede wszystkim z rzeką mającą pierwotny, mało cywilizowany charakter, bo wysokie brzegi skrywały niewidoczne z poziomu wody wioski i miasteczka. Kilkanaście godzin spędzanych dziennie na wodzie może się wydawać w dużym stopniu monotonne, a przy tym tyle jest wokół piękna, że żaden album tego nie odda. I czas upływa dość wartko. Dodatkowo nawet przy mocnym zmęczeniu, gdy był silny, zdecydowany nurt, mocne wiosłowanie sprawiało mi wielką satysfakcję. Nie ukrywam jednak, że po dziewięciu intensywnych dniach mieliśmy przy zaporze na Zalewie Włocławskim flautę – wiatr zupełnie ucichł. Wiedziałem, że tam akurat możemy spodziewać się silnych podmuchów, a my mieliśmy delikatny wiatr w plecy, kiedy płynęliśmy przez to długie, szerokie jezioro.

Klasztor Benedyktynów w Tyńcu
Zamek w Gniewie
Grudziądz

Jeden z piękniejszych widoków czekał nas u kresu wyprawy, gdy wpłynęliśmy na Zatokę Gdańską w okolicach Wyspy Sobieszewskiej. Na tzw. Foczej Wyspie zobaczyliśmy kolonię fok. Nie trzeba więc jechać na Antarktydę, żeby je zobaczyć. Patrzyły na nas, a my na nie. Wyraźnie zaciekawione, po chwili zniknęły pod wodą.

Zamek Królewski na Wawelu
Panorama Warszawy z perspektywy Wisły.

W ciągu ostatnich 25 lat, odkąd pływam Wisłą, rzeka odżyła. Bywa brunatna, zielonkawa, ale czasami zaskakująco przezroczysta. Porównując analogiczne okresy z przeszłości, obserwuję z roku na rok obniżanie się poziomu Wisły. W tym roku w Warszawie do rekordu najniższego w historii pomiarów poziomu brakowało kilku centymetrów, a pilnowałem, by na całej trasie regularnie sprawdzać przez lornetkę oznaczenia brzegowe i nie wylądować na mieliźnie. W Warszawie mamy jednak do czynienia ze szczególną sytuacją, gdyż od dawna jest tu wydobywany piasek z rzeki, co prowadzi do nienaturalnego poszerzenia koryta.

Wolność poza codzienną rutyną

Dopłynąłem do celu. Spełniłem marzenie z dzieciństwa. Chciałem zobaczyć, czy jestem w stanie przepłynąć całą trasę. Płynąc samotnie, można wiele rzeczy przemyśleć. Jesteś tylko ty, sam na sam z rzeką i własnymi myślami. Jest inaczej niż w normalnym życiu. Wraz z zapadnięciem zmroku, w szczelnej ciemności, po prostu zasypiałem. Budziłem się, gdy świtało. Na wodzie, w samotności wyostrzają się zmysły. To życie wymagające sporo zachodu, niosące ze sobą pewne uciążliwości, a jednak, paradoksalnie, znacznie prostsze. Codzienność jest w dużej mierze przewidywalna. Dlatego od czasu do czasu staram się, aby choć trochę powalczyć o ten brak przewidywalności, który daje według mnie właśnie takie wolnościowe włóczęgostwo. Bardzo żałuję, że nie żyłem w czasach, gdy nadciągały tabory cygańskie, bo może bym się z nimi zabrał. A może, gdyby życie było tylko włóczęgostwem, tęskniłoby się za etatem.

Ruiny Zamku Krzyżackiego przed Toruniem

Ojciec powtarzał mi zawsze: pamiętaj, że z perspektywy ciepłego fotela nic nie ma sensu. Co miał na myśli? Może to, że przewidywalna, utarta ścieżka – w podróży czy codziennym życiu – może się wydawać z pozoru najlepsza, bo nie wymaga ryzyka, patrzenia na sprawy w sposób odbiegający od ogólnie przyjętych schematów. A może to dobrze rozumiane podjęcie ryzyka w oparciu o doświadczenie pcha ten świat do przodu. Z perspektywy ciepłego fotela łatwo oceniać i doradzać.

Wisła: ta sama, choć nie taka sama

Wiem jedno: dla nas, dzieci z bloków, wyprawy z ojcem od najwcześniejszych lat młodości to była największa przygoda. Co niedziela chodziliśmy z ojcem do Puszczy Kampinoskiej. Duża część dróg była wtedy nieutwardzona. Pamiętam piachy w Puszczy Mariańskiej, po wielogodzinnych deszczach przypominające trzęsawiska. Wyzwaniem było dziesięć dni pielgrzymki z szóstką dzieci na pokładzie wózka konstrukcji mojego ojca, spanie po stodołach wypełnionych sianem, gospodarstwa pełne zwierząt od świń po konie i nutrie. Przygoda po prostu.

Czym jest dla mnie pływanie kajakiem? Rodzajem przygody, formą wolności. Wisła jest dobrym poligonem przed dalszymi wyprawami kajakowymi, a pływałem w Rosji i w Mongolii. Pływając kajakiem spotykam się z czymś nieprzewidywalnym, wykraczającym poza codzienną rutynę.

Notowała Joanna Herman

Trasa spływu: łącznie 942 km.

I etap – 9 dni – 633 km do Płocka (od rozpoczęcia kilometrażu Wisły czyli, punktu o znaczeniu „0”, gdzie wpada rzeka Przemsza) (04.07-12.07). Kajak wyprawowy Yukon – 440 cm, waga: 27 kg

II etap – 4 dni – 309 km z Płocka do ujścia do Zatoki Gdańskiej w okolicach Wyspy Sobieszewskiej (03.08-06.08) kajak morski 17-stopowy – ok. 5,18 m, waga: 26 kg

Wyposażenie: namiot, śpiwór, czołówka, karimata pompowana, płachta biwakowa, kuchenka gazowa, 3 kartusze do kuchenki, menażka + niezbędnik + kubek, linka spadochronowa, dratwa, penseta na kleszcze, piła składana, zwinięty 1 m drutu miedzianego, apteczka, nóż + scyzoryk + multitool, nici + igły, zestaw agrafek, silver tape, taśma izolacyjna, reperaturka do kajaka, lornetka, locja Wisły, wiosło zapasowe, wózek kajakowy.

20 sierpnia 2026